Prima a…. nordic walking

  • Post author:
  • Post category:O mnie

Kiedyś mój kolega z pracy powiedział mi, że lubi czytać moje relacje z zawodów, ponieważ czuje wtedy jakby sam startował. Tym razem chyba nie chciałbym, żeby ktokolwiek z Was poczuł się jak ja w moim ostatnim starcie…

Zamierzałem rozpocząć tegoroczny sezon od „spokojnej szybkiej dyszki” organizowanej w ramach Korony Polski w Czerwonaku a tak naprawdę w miejscowości obok czyli w Owińskach (o tym jeszcze poniżej).

Dojechałem na miejsce wraz z podopiecznym, którego trenuję od 2 miesięcy, a który przyjechał aby wystartować na dystansie 5 km specjalnie aż z zachodniej części Niemiec. Przywitała nas bardzo mroźna, wietrzna aczkolwiek słoneczna pogoda. Na szczęście z każdą chwilą robiło się cieplej, albo to tylko wzrost temperatury przedstartowej sprawiał, że wszystko wyglądało optymistycznie.

Przed samym rozpoczęciem zawodów zaczepił mnie kolega z Gorzowa i wyniku krótkiej z nim rozmowy wystartowałem kilkadziesiąt metrów za swoją grupą wiekową (zawsze Gorzowiaki sabotują Zieloną Górę). 😉 Oficjalnie ”lubimy” się jak Śląsk z Zagłębiem lub Bydgoszcz z Toruniem choć dla mnie to oczywiście tylko lokalny koloryt 😉

Na poważnie to miałem fenomenalny dzień już po pierwszym kilometrze wyprzedziłem nie tylko swoją ale i pozostałe grupy wiekowe startujące wcześniej.

Wszystko szło zgodnie z planem, jeden z sędziów powiedział nawet do mnie coś o zielonej kartce (czyli miało to chyba oznaczać prawidłową technikę), druga pani sędzia oceniła, że idę bardzo ładnie. Moja techniczna „próżność” została zaspokojona co spowodowało, że zacząłem maszerować jeszcze dokładniej (choćby tylko dla samego siebie) ponieważ przede mną nie było już nikogo z osób startujących na 10 km. Do tego wszedłem w tryb Terminatora czyli równo, mocno i bardzooo szybko, miałem tempo w okolicach 6:00-6:10 to miała być naprawdę szybka dyszka.

Na trasie minąłem, punkt z wodą potem długa prosta i znaczek 3 km, dalej wyprzedziłem dziewczynę startującą na 21 km (oni wystartowali wcześniej), powiedziałem dzień dobry kolejnej pani sędzi (zawsze to robię) i wspomniana długa prosta. „Leciałem” na automacie, naprawdę szybko, bardzo szybko tylko lewa, prawa, lewa… długa prosta… no właśnie coś długa ta prosta… zaraz powinienem skręcać w prawo, jest jakiś skręt ale to chyba jeszcze nie ten.

Uśmiechnąłem się sam do siebie ale by było gdybym skręcił za szybko i potem ktoś by pomyślał, że chciałem oszukać…..brrrr. Oglądnąłem się i widzę, że dziewczyna, którą przed chwila wyprzedzałem nie skręciła i idzie za mną. No to lecimy dalej…

Po następnych 500 metrach zacząłem kombinować, że coś jest nie tak nie ma oznaczeń nie ma sędziów, szybki obrót dziewczyna idzie z tyłu… Wreszcie koniec tej prostej i w prawo… Nie no na bank się zgubiłem…

Szybka analiza. Dwie opcje do wyboru: mogę wrócić albo skręcę w prawo za chwilę odbiję znowu w prawo i pewnie znajdę się na trasie najwyżej dołożę jakiś kilometr… Przyznaję pokrętna logika ale zmęczony mózg działa mniej sprawnie.

Tylko, że… przez następne 2 kilometry nie było żadnego skrętu w prawo, dzięki któremu wróciłbym na trasę. Wiedziałem, że dzisiaj tych zawodów już nie ukończę. Sporo złości ale trzeba wrócić na start w końcu tam mam transport powrotny do domu.

Z pętli która miała mieć 5 km wyszło… 10 km. Nie zabłądziłem, bo cały czas wiedziałem gdzie jestem tylko nie było drogi w kierunku mety więc musiałem obejść naprawdę spory teren.

W końcu dotarłem. W okolicach startu zdążyłem odebrać sporo gratulacji za wygraną, optymizm w narodzie jest niezaprzeczalny. 😉 Uśmiechałem się głupkowato, bo co innego zrobić w takiej sytuacji.

Dla jasności podkreślę – osoby przede mną z półmaratonu poszły prawidłowo, za mną startujący na 10 km również zatem wina była po mojej stronie, nie zauważyłem oznaczeń idąc i skupiając się tylko na technice i tempie no cóż zdarza się szczególnie gdy włącza mi się wspomniany tryb robota. Nie były to mistrzostwa świata zatem nie jest to koniec świata.

Co nie zmienia faktu, że miałem na siebie lekkiego wk*rw*

Kolega startujący na 5 km był 4 w kategorii i mimo, że jest po poważnych przejściach chorobowych też był zawiedziony, towarzyszył nam średni nastrój w drodze powrotnej. Obaj liczyliśmy na „odrobinę” lepsze starty. Zresztą kolega przez 20 minut nie wierzył w moją historię myśląc, że robię mu spóźniony prima aprilisowy żart. Trudno było znaleźć pozytywy, mieliśmy chociaż piękne medale.

Tak naprawdę to ja tych zawodów nie ukończyłem, więc nawet medal mi się nie należał aczkolwiek zrobiłem dystans 10 km… on-line a była taka możliwość, choć… może w moim przypadku to było off-line a już na pewno off-road. Przyjąłem medal od organizatora, żeby się ukarać ponieważ będzie mi zawsze przypominał moją nieuwagę.

Ktoś zaproponował, że powinienem zostać sklasyfikowany z numer 1 ponieważ już na 3 km maszerowałem z ogromną przewagą a z czasów moich konkurentów na mecie wynikało, że byłbym co najmniej 4-5 minut przed kolejnym zawodnikiem. Nawet przez moment chyba ktoś uznał, że mi chip nie zadziałał, bo „wisiałem” na wynikach jako zwycięzca. 😉

Szybko udało mi się wyjaśnić nieporozumienie i absolutnie nie zgodziłem się na takie potraktowanie sprawy. Wygrał ten, który najszybciej dotarł na metę a nie ten który potencjalnie mógł być najszybszy. Ja zawodów nie ukończyłem. Temat zamknięty.

Tak jak wspomniałem powyżej mam pretensje tylko do siebie i wyciągnę z tej przygody kolejną cenną lekcję. Natomiast mam jeszcze coś do dodania może jest to nawet najważniejsze w tej relacji.

Miałem „doła” to raczej zrozumiałe, wieczorem przychodziły do mnie wiadomości od podopiecznych, których trenuję z pytaniami: jak poszło? I jeden sprawił, że wrócił dobry humor… był od kolegi z Gorzowa, z którym rozmawiałem w tym dniu…

Kolega napisał mi jak walczy/walczył ze swoim alkoholizmem, od blisko 2 lat jest trzeźwym alkoholikiem, pokonuje kolejne trudności życiowe i nie poddaje się, przy okazji trenuje nordic walking i to też mu pomaga. Imponują mi takie historie zawsze mam wtedy szklane oczy. Dodał żebym nie przejmował się takimi rzeczami jak moja przygoda a dla niego i wielu osób i tak jestem i zawsze będę Mistrzem Świata.

Odpisałem mu szczerze m. in. to, że to on jest dla mnie Mistrzem… to co robi to prawdziwe Mistrzostwo Świata, no i już mam znowu szklane oczy opisując teraz jego wyznanie. Brawo ON!!! A zawody… ? Jeszcze będzie wspaniale.

Sport uczy pokory i cierpliwości, często też pomaga w nieco rozwalonym życiu.

Żeby nie było zbyt poważnie coś humorystycznego na koniec…

PS. Zawody były oficjalnie rozgrywane w Czerwonaku… a… biorąc pod uwagę moją dodatkową trasę tylko ja doszedłem chyba do tego Czerwonaka!!!!! Chociaż Czerwonak zdobyłem, pozostali startowali w Owińskach.

PS2. Luźne wnioski:

– wyjazd na zawody z bez żony to zły pomysł, z nią zawsze mam pudło 😉

– nie warto być najszybszym,

– są w życiu rzeczy ważniejsze niż sukcesy sportowe choć nie zamierzam z nich rezygnować przy kolejnej okazji,

– forma jest i nikt mi tego nie zabierze,

na Koronę wrócę i to chyba już 21 maja na Mistrzostwa Polski do Puszczykowa.